To nie będzie monograficzna wypowiedz na temat Andrzeja Wajdy, za to na pewno chciałbym zauważyć jego setne urodziny na blogu. Stąd kilka przemyśleń dotyczących najważniejszych dla mnie filmowych doświadczeń, jakie na przestrzeni lat dał mi Andrzej Wajda. Będzie bardzo osobiście.
To nie była „miłość od pierwszego wejrzenia”, bo kino Andrzeja Wajdy poznawałem od połowy lat dziewięćdziesiątych, a więc w okresie, który nie był dla reżysera najbardziej imponujący. Było to więc związane z premierami filmów „Panna Nikt”, „Wielki Tydzień”, „Pierścionek z orłem w koronie”. Nigdy później nie wróciłem do tych filmów, może warto byłoby się z nimi zmierzyć po tylu latach? Może... Z wczesnych lat dziewięćdziesiątych pamiętam za to „Korczaka”, który o Wajdzie powiedział mi bardzo wiele i który był dla mnie bardzo ważną lekcją kina, historii i jej postrzegania. Ja też pamiętam te zarzuty o antysemityzm, które wydawały się już wtedy mocno przesadzone. Pod koniec XX wieku pojawił się też „Pan Tadeusz”, którego nigdy nie byłem wielkim fanem, choć szanuję tę gigantyczną popularność w polskich kinach. A może po prostu Mickiewiczowski wiersz w kinie na mnie nie zadziałał? Ponownie napiszę... może? Bo znam takich, którzy są „Panem Tadeuszem” zachwyceni, a film wraca właśnie do polskich kin. Tak zaczęła się moja podróż przez kino Andrzeja Wajdy oraz powolne odkrywanie jego najważniejszych reżyserskich dokonań. I wtedy właśnie Wajda stał się dla mnie reżyserem wybitnym.
Te pierwsze z klasycznych filmów Wajdy pamiętam najbardziej. A pierwszym takim doświadczeniem były „Popioły”, które mną wstrząsnęły, które nauczyły dużego dystansu do narodowej historii, które na patriotyzm pozwoliły spojrzeć inaczej. Okazało się bowiem, że o naszej historii opowiadać można także przez klęskę i rozczarowanie. Wajda przyjrzał się naszej historii przez okulary odarte z taniego patriotyzmu, bez hurra zachwytu i fałszywej wiary w naszą narodową potęgę. To „Popioły” nauczyły mnie wątpić, zadawać pytania, zgłębiać historię, a nie polegać na jednym punkcie widzenia. Jeśli jakiś film wpłynął na moją edukację, to właśnie „Popioły”. Ja do dzisiaj pamiętam bardzo wiele scen z tego filmu, z filmu do którego ciągle planuję powrócić, choć od pierwszego seansu minęło ponad 30 lat.
Drugim takim mocnym doświadczeniem był podwójny seans „Człowieka z żelaza”, a potem „Człowieka z marmuru”. Jakaś przypadkowa odwrotna kolejność z czasów, kiedy kopie filmów nie były wcale tak powszechnie dostępne. Do tych filmów Wajdy powracałem najczęściej i są to nieustająco znakomite filmowe doświadczenia. Historia naszego kraju została mi opowiedziana w sposób bardzo dynamiczny, nowoczesny, ze znakomitym filmowym rytmem. Przyznam się odważnie, więcej o polskiej historii nauczyłem się z tych filmów niż z lekcji historii w szkole.
Wajda o naszej historii opowiadał bardzo często, jest tak postrzegany. Dla mnie był takim filmowym nauczycielem polskiej przeszłości. Stąd tak ważne spojrzenie w „Kanale”, budzący sporo pytań „Popiół i diament”, rozczarowująca jednak „Lotna” i obejrzany w zbyt młodym wieku „Danton”.
Lepiej rozumiałem się z innym Wajdą. Tak było na pewno z „Ziemią obiecaną”, z którą mierzyłem się wielokrotnie i wielokrotnie wprawiała mnie w zachwyt. Ważne były „Panny z Wilka”, bo były bardzo inne od dynamicznych dzieł Wajdy, odważne było dla mnie „Wesele”, a „Smuga cienia” była dla mnie zaskoczeniem, bo Wajda potrafił też... rozczarowywać. A może... powinienem do tego filmu wrócić ponownie?
Ostatnia dekada w twórczości filmowej Wajdy była bardzo ciekawa, choć z tych najbardziej udanych filmów wymienię „Katyń”, „Tatarak” czy „Powidoki”. Wajda zmierzył się też z Wałęsą i „Zemstą”. Nakręcił wiele filmów, wiele z nich to żelazna klasyka polskiego kina, warto wypatrywać jej w naszych kinach, bo Sieć Kin Studyjnych przygotowała specjalny przegląd.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz