piątek, 17 lipca 2026

Kino żyje! Nolan nie zawodzi. „Odyseja” jest wielka

Na chwilę przed premierą zawsze mam takie obawy, czy reżyser którego twórczość cenię i praktycznie nigdy mnie nie zawiódł i tym razem dostarczy wielki film. Christopher Nolan, jak rzadko który dziś twórca, nie idzie na łatwiznę, rzuca wyzwania widzom, ale daje w zamian prawdziwie filmowe i kinowe doznania. „Odyseja” potwierdza jego mocną pozycję i dowodzi, że człowiek rozumiejący kino wielkiego ekranu, kochający je i szanujący widzów, może odważnie sięgać po projekty bardzo ryzykowne.

„Odyseja” była już wiele razy przenoszona na większy czy mniejszy ekran, ale nigdy nie otrzymała statusu arcydzieła, na jakie zasługuje, a które posiada epopeja Homera. Nolan wyruszył w kolejną trudną i bardzo wymagającą podróż i ponownie powrócił z niej zwycięsko, wręcz triumfując. „Odyseja” to absolutnie jeden z najlepszych filmów 2026 roku i w kinie wielkiego ekranu, trudno będzie mu dorównać (zobaczymy, co pokaże Villeneuve w trzeciej „Diunie”).

Nolan nie schlebia publiczności, ale też potrafi budować napięcie w sposób niezwykle wciągający. Jego kino to umiejętna zabawa z czasem i narracją, ale nawet na chwilę nie gubiąca wątków, bez zbędnego gmatwania opowieści. Jest tak właśnie w „Odysei”, która bez linearnej narracji, bardzo mądrze przeprowadza nas przez losy Odyseusza, by z każdą kolejną chwilą odkrywać prawdziwe swoje oblicze. Nolan dopracował do mistrzostwa taką formę opowiadania.

W dodatku robi to niespiesznie, celebrując każdy moment, każde najmniejsze znaczenie i dokładnie przyglądając się każdej z postaci tej imponującej opowieści. „Odyseja” zbudowana jest na mocnych pełnych rozmachu i imponujących scenach, ale są one przeplatane wieloma momentami zadumy, rozmyślań, słów oraz ciszy. Ten film nie pędzi, on z każdą chwilą podbudowuje i przygotowuje nas na kolejne spotkanie, wyzwanie czy zadanie. I chyba nie potrzebuje ekranu IMAX, by dostarczyć widzom wielu wrażeń, "Odyseja" potrzebuje po prostu kina.

Ktoś powie, że to Homer, ale w rękach innego twórcy byłaby to zapewne bardziej klasyczna, widowiskowa, dynamiczna i kolorowa opowieść. Tymczasem Nolan odziera ją z takich elementów bo dobrze czuje się w szarościach i mroku, a do tego lubi filmowy chaos i nie musi silić się na perfekcyjną ekspozycję każdej sceny, każdego momentu. Kupuję to bez dyskusji, bo jest to uczciwe podejście do tej filmowej opowieści, a pojawiające się momenty przestoju, zwolnienia tylko służą całości.

„Odyseja” ma wiele do zaoferowania. Nie jest to kino widowiskowe z Hollywood, które jedynie sprawić ma nam filmową frajdę swoim zadęciem i rozmachem. W słowach i czynach bohaterów filmu Nolana kryje się bardzo wiele mądrości, które od czasów niepamiętnych powinny być światłem przewodnim naszego gatunku. Często o tym zapominamy. Miłość, która pcha Odyseusza do dalszej drogi i miłość czekającej na niego wiernej Penelopy to tylko jeden z głównych motywów. Relacja syna do ojca. Tęsknota za rodziną, domem. Braterska przyjaźń, odpowiedzialność za drugiego człowieka, walka o przetrwanie, trudne wybory i błędne decyzje, a do tego klasyczne zemsta czy zdrada. Nolan pozwala nam każdy z tych motywów odnaleźć, przyjąć lub odrzucić, ale pozwala się nam z nimi zmierzyć. Pojawiają się tutaj pytania ponadczasowe, a kwestie moralności i wierności, przyjaźni i miłości zostały przekazane w antycznym stylu, w oczach, gestach i działaniach bohaterów tej historii.

Duża w tym zasługa wielu elementów, na które składa się film Nolana. Za zdjęcia odpowiada Hoyte van Hoytema, holenderski twórca, który do perfekcji dopracował styl, jakiego potrzebują filmy Nolana. „Odysei” najbliżej wizualnie do „Interstellar”, bo obie opowieści wiele łączy w tej intymnej na swój sposób historii. Jakby celowo rezygnują twórcy z przesadnego rozmachu, często kierując kamerę na twarze poszczególnych postaci, wsłuchując się w ich słowa. Świetnie podbudowuje całość muzyka Ludwiga Goranssona, w której na pierwszy rzut ucha nie ma chwytliwych tematów przewodnich, a całość świetnie ma służyć opowieści, jest jej uzupełnieniem, buduje odpowiedni klimat i napięcie. Tu ważne są dźwięki.

I jeszcze aktorzy. Matt Damon w roli Odyseusza spisał się znakomicie, to rola co najmniej na nominację do Oscara. Kreacja bez niepotrzebnej szarży, poddana całej opowieści, niepozbawiona słabości. Świetna jest Anne Hathaway w roli jego żony, w kilku momentach mająca do zaprezentowania bardzo solidny wachlarz emocji. Tom Holland stanął na wysokości zadania, choć gra jakby jedną miną. Pod nieciekawą charakteryzacją skrywa się John Leguizamo, piękna jest Charlize Theron, cała reszta dobra i poprawna z demonicznym Robertem Pattinsonem na czele.

„Odyseja” trwa blisko trzy godziny, każda z tych minut wydaje się tutaj uzasadniona. Nolan buduje opowieść w swoim charakterystycznym stylu zakrzywionej narracji, ale ponownie wygrywa, bo jego film ogląda się znakomicie, czas mija nie wiadomo kiedy, opowieść pozostawia mocny ślad.

Kino żyje!

A ja już czekam na kolejny film Christophera Nolana. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz