„Dzień objawienia” to udany
przykład dużego filmowego przedsięwzięcia z Hollywood. Opowieść nie jest
sequelem, remake’em czy wersją komiksu, a to już dużo. Co z tego, skoro nie ma
tutaj przesadnej świeżości, a sporo rozwiązań fabularnych zawodzi. Powrót Stevena
Spielberga do opowieści o spotkaniu człowieka z obcą cywilizacją jest dla mnie
pewnego rodzaju rozczarowaniem, ale na film wybiorę się ponownie, bo to się po
prostu świetnie oglądało. Oto opinia, w której staram się unikać spoilerów.
„Dzień objawienia” skrywa wiele ciekawych filmowych momentów i zdecydowanie przed seansem nie należy czytać streszczeń, a na pewno należy unikać zwiastunów. To rodzaj filmu, który chce zaskoczyć i mnoży pomysły prowadzące do finału. Ostatecznie wychodzi to na plus całemu filmowi, bo Spielberg pokazuje spotkanie w sposób nieoczywisty, buduje atmosferę oczekiwania i daje widzom wielki finał. Niestety jest też „Dzień objawienia” w wielu momentach naiwny, scenariuszowo nieprzekonujący i pełen fabularnych dziur. Gdy seans dobiegł końca, zabrakło mi objawienia i filmowego uniesienia, za to widziałem w pewnych momentach nieszczęsną "Zapowiedź" Alexa Proyasa.
Odniesieniem dla „Dnia objawienia” niech będzie wybitne dzieło Denisa Villeneuve’a „Nowy początek”, które o spotkaniu z obcą cywilizacją opowiadało w sposób oryginalny, niespiesznie i zdecydowanie bardzo przekonująco. Tego u Spielberga nie ma, bo mistrz sam wymyślił tę historię i dał ją do napisania swojemu nadwornemu scenarzyście Davidowi Koeppowi, który zawodził już wiele razy (ostatnie dwie części „Indiany Jonesa” czy „Wojna światów”). Villeneuve miał szczęście zmierzyć się ze świetną literaturą, bo jego scenariusz adaptował książkę „Historia twojego życia” Teda Chianga. I to w materiale źródłowym widzę największy problem, bo choć Spielberg ma pomysł ciekawy, widać rozmach, dynamiczną realizację, to jego przełożenie na język kina nie daję dzieła wybitnego, a raczej zbiór teorii spiskowych, książkowych analiz i przekazuje dość oczywiste informacje o obecności obcych na naszej planecie. Spielberg po prostu niczym nie zaskakuje, a 50 wersji scenariusza jest tutaj boleśnie odczuwalne.
Inna słabość „Dnia objawienia” leży w stronie realizacyjnej. Spielberg nie lubi zmieniać drużyny, ale przydałoby się nowe wizualne otwarcie w karierze tego twórcy. Janusz Kamiński od lat nie oferuje niczego oryginalnego w tematyce zdjęć. Jego praca do najnowszego filmu Spielberga przypomina kolorem, ujęciami, pomysłami przede wszystkim „Wojnę światów”, ale też „Raport mniejszości”. Tu trzeba nowego oddechu, jaki wprowadzają do kina SF Hoyte van Hoytema, Linus Sandgren czy Greg Fraser. Aktorzy... Emily Blunt jest świetnie obsadzona i dobrze śledzi się jej poczynania, ale Colin Firth jako czarny charakter ma słabo przepracowaną w scenariuszu rolę, bo ostatecznie nie wiem po co było to wszystko. Fajny jest na ekranie Colman Domingo, ale też czuję niedosyt w nakreśleniu tej postaci, za to postacie Josha O’Connora i Eve Hewson po początkowym dobrym otwarciu, z czasem tracą impet i schodzą na plan dalszy, jakby zabrakło dla nich pomysłu lub mocno je w scenariuszu lub montażu pocięto.
Spielberg powraca do spotkania z obcymi po raz kolejny, ale niedoścignionym jego osiągnięciem w tej tematyce pozostają „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”, najlepszy w historii film przybliżający nasz pierwszy kontakt z cywilizacją pozaziemską, a przecież nakręcił też inne filmy o spotkaniu z obcymi: „E.T.”, „A.I”, „Wojnę światów”, „Indianę Jonesa i Królestwo Kryształowej Czaszki” (choć Lucas próbował zaprzeczać). W „Dniu objawienia” Spielberg chciał podbić stawkę, pokazać inny sposób nawiązania tej relacji, ale szczerze pisząc w ogóle mnie nie przekonał. Gdy w filmie pojawiają się dowody, zachodzę w głowę, czy rzeczywiście aż tak udałoby się je ukryć? Ten sposób rozwiązania i pewne nielogiczności z tajemniczym artefaktem na czele, burzą mi spójność tej opowieści. Wracam wtedy do „Bliskich spotkań...”, które w całości były bardzo przekonujące i fabularnie przede wszystkim wiarygodne. I pomyśleć, że scenariusz tego prawie 50-letniego filmu Spielberg napisał sam. Powinien też napisać „Dzień objawienia” lub oddać tę historię w ręce mniej znanego scenarzysty, młodego twórcy, który wniósłby do opowieści świeżość, której mi w filmie bardzo zabrakło.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz