czwartek, 16 listopada 2017

Camerimage 2017. Mój faworyt Oscarów 2018


25 Międzynarodowy Festiwal Filmowy Camerimage jest w szczytowym momencie. Spotkanie z Davidem Lynchem przyciągnęło ogromne tłumy, co pokazało jak popularnym jest on twórcą. Do Bydgoszczy przyjechał prezydent Amerykańskiej Akademii Filmowej, a ja obejrzałem jedną z najlepszych filmowych propozycji w tym roku. I przewiduję tutaj Oscary! Najlepsze filmy, jakie do tej pory obejrzałem opowiadają o rodzinie. Wszystkie!

„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” (na zdjęciu) ma już za sobą nagrodę publiczności w Toronto i jeśli się nie pomylę, to podobną otrzyma na Camerimage (tak, jest taka nowa nagroda na festiwalu). To był fantastyczny seans. Tak żywiołowej, naturalnej i filmowej reakcji w kinie dawno nie doświadczyłem. I choć zabrzmi to upiornie, to bawiliśmy się znakomicie na filmie opowiadającym o próbie zwrócenia uwagi na gwałt i morderstwo dokonanym na młodej dziewczynie. Jak udało się to połączyć, jak zrównoważyć i opowiedzieć bez naciągania? Siłą filmu jest scenariusz (Oscar na 100 procent!), który w niezwykły sposób opowiada o cierpieniu matki i jej walce o wyjaśnienie sprawy, którą policja odłożyła do akt. I tutaj zaczyna się FILM, którego przewrotności, pomysłów, zwrotów akcji nie mam zamiaru zdradzać. Unikajcie recenzji i wypatrujcie w kinach tego filmu. Jego reżyserem jest człowiek, który dał światu „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj” – i niech to wystarczy za rekomendację! Premiera „Trzech billboardów…” zapowiadana jest na luty 2018, chwilę przed ceremonią wręczenia Oscarów, na których o nagrodę powinien też powalczyć Sam Rockwell. [Ocena 9/10]

Innego rodzaju wydarzeniem Camerimage i moim faworytem do Złotej Żaby jest „Niemiłość” Andrieja Zwiagincewa. To kolejny wybitny film tego rosyjskiego mistrza, potwierdzenie jego pozycji w światowym kinie. Niewielu jest dziś twórców, którzy tak bezpośrednio, tak odważnie i wprost mówią o ludziach, o nas. „Niemiłość” opowiada o małżeństwie, w którym nie ma miłości i sytuacji dziecka w tym związku. Można silić się na wielkie słowa, ale to jest ten rodzaj kina, któremu słowa nie pomogą - one stają w gardle. To ten rodzaj kina, po wyjściu z którego od razu wiemy, że obejrzeliśmy film wybitny, a jeszcze długo po seansie będziemy widzieli tego małego bohatera ukrytego w ciemnym pokoju. Michaił Krichman zdobył już Złotą Żabę za zdjęcia do „Lewiatana” i zasługuje ponownie na ten laur. Jego kadry są w dużej części siłą tej opowieści, kamera pracuje powoli, statycznie, jakby cierpiała. Bez fajerwerków, tanich zagrań, jakichś filmowych wygłupów. Tylko prawda, w kinie dziś rzecz bardzo rzadko uprawiana. [Ocena 9/10]

Nie zwiódł Fatih Akin w swoim „W ułamku sekundy”. I tutaj rodzina odgrywa główną rolę, ale przede wszystkim jej brak. Znakomita w swojej roli Diane Kruger walczy o ukaranie sprawców wielkiej zbrodni, ale świat nie chce jej wysłuchać. Od czasu „Głową w mur” Fatih Akin nie zrobił tak dobrego filmu. Jest tutaj wielka precyzja filmowej opowieści, jest gruntownie przeanalizowana psychologia postaci, jest  także komentarz do obecnej sytuacji politycznej i zwrócenie uwagi na coraz mocniejsze akcenty nacjonalistyczne na świecie. Znakomite, trzymające w napięciu, perfekcyjne kino. [Ocena 8,5/10]

Bardzo udanym i poruszającym filmem jest francuski „Jeszcze nie koniec”, który na niedawnym festiwalu w Wenecji zdobył dwie bardzo ważne nagrody. Ponownie rodzina w temacie filmu, ale inaczej niż do tej pory. Rozwód rodziców, totalne niedopasowanie i walka ojca o prawo do wychowywania syna. Przybierze ta historia bardzo nieprzewidywalny przebieg. Podobnie udanym filmem jest też izraelski „Fokstrot”, jeszcze jedno bardzo przewrotne spojrzenie na młodych żołnierzy izraelskiej armii i konsekwencjach życia ich rodzin. I ten film podbił Wenecję, a na zakończenie Camerimage pokazany zostanie jeszcze przecież zdobywca Złotego Lwa.

Zawiódł totalnie Todd Haynes ze swoim „Wonderstruck”, bo jego nostalgiczna wyprawa do przeszłości jest mdłą, nudną i nic niewnoszącą do kina opowieścią. Rozwiązanie tajemnicy jest banalne, pomysły inscenizacyjne nie ratują filmu. Po bardzo dobrej „Carol” (Złota Żaba na Camerimage dla Eda Lachmana) obejrzałem wielką wpadkę amerykańskiego reżysera. Jeszcze większe rozczarowanie towarzyszyło seansowi niemieckiego filmu „Kapitan”, który dofinansowany został przez Polski Instytut Sztuki Filmowej. Przyznać trzeba, że zdjęcia są perfekcyjne, ale nie potrafię zrozumieć, po co autor opowiada nam o tak dobrze znanym zwyrodniałym charakterze nazistowskich zbrodniarzy i ich bestialstwie? Gdzie Robert Schwentke upatruje tutaj nową jakość, jakąś wartość? Ostrzeżenie w dzisiejszych czasach? To nie działa, wręcz śmieszy, odpycha, zabija chęć mierzenia się z trudnym kinem. Być może mądrzejsi ode mnie temat lepiej przybliżą, ja chcę zapomnieć. Bardzo słabo, ale w kategoriach amerykańskiego kina dla mas, wypadł film „Only the Brave” o walce i poświęceniu grupy amerykańskich strażaków leśnych. Schemat goni schemat, kino z amerykańską flagą i ku pokrzepieniu serc oraz pamięci poległych.

Udanym za to filmem jest na pewno amerykański „I, Tonya”, który przybliża postać Tonyi Harding, łyżwiarki która zamieszana była w zamach na swoją konkurentkę, podczas zmagań o udział w Igrzyskach Olimpijskich. Zwiastuny nie kłamały. Margot Robbie zbrzydła i zagrała fantastyczną rolę dziewczyny realizującej marzenia… matki. W tej roli Allison Janney, która ma nominację do Oscara drugoplanowego w ręku i na pewno zasługuje na samą nagrodę. Gdyby to była tylko prosta biografia, to zapewne nie poświęciłbym jej czasu, ale twórcy tego filmu fajnie zaczęli kombinować i realizacyjnie jest tutaj sporo ciekawych rozwiązań. Sama historia nie jest tylko prostą relacją z życia i tamtych wydarzeń, a raczej próbą interpretacji za pomocą wywiadów z bohaterami. To my widzowie, wyciągniemy z tej historii wnioski. Dynamiczne i dobre niezależne kino z USA. [Ocena 7,5/10]