piątek, 15 grudnia 2017

„Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi”. Recenzja krytyczna


Mija jakieś 48 godzin od mojego pokazu filmu „Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi”, a ja powoli utwierdzam się w przekonaniu, że nie było to doświadczenie należące do szczególnie udanych. Przynajmniej w kategorii tych dotyczących Gwiezdnej Sagi. Recenzja bez spoilerów.

Kilka oczywistości na początek. „Gwiezdne wojny” to legenda kinowej przygody, jedna z najważniejszych filmowych serii na mojej filmowej drodze. Kiedyś sam ganiałem po lesie z kijem udającym miecz świetlny, dziś 12-letni syn biega z wirtualnym mieczem na ekranie komputera. Czasy się zmieniają, inaczej dzisiaj ludzie oglądają filmy, ale magia „Gwiezdnych wojen” działa na kolejnych młodych adeptów X muzy. I pewnie dlatego odbiór „Ostatniego Jedi” tak bardzo dzieli odległe pokolenia.

Zachwyt 12-latka nad „Ostatnim Jedi” jest bardzo pocieszający, chęć obejrzenia ponownie filmu budzi mój podziw i radość w sercu. Będę sprzyjał takim seansom. Ze mną sprawa jest inna, bowiem „Ostatni Jedi” zdecydowanie nie porwał mnie w kosmiczną przygodę, tak jak tego oczekiwałem. Większość seansu zajmowały pytania „dlaczego”, „po co”, „jak” oraz ta coraz bardziej rosnąca konsternacja i pewnego rodzaju znudzenie. Dla jednych „Ostatni Jedi” pełen jest zalet, mnóstwo tutaj dowodów na rozwijające się uniwersum, dla innych dostrzegalny jest pewnego rodzaju zgrzyt, mocno przekombinowane pomysły. Należę do tej drugiej grupy.

Sporo rzeczy w „Ostatnim Jedi” mi przeszkadza. Głównie chodzi tutaj o pewnego rodzaju chropowatość całej opowieści. Jest ona surowa, na swój sposób ponura i odpychająca, tracąca jakąś filmową naiwność i ten klasyczny posmak filmowej space opery. Bo dla mnie „Gwiezdne wojny” to pewnego rodzaju umowa twórcy z widzem, który dostarcza rozrywkę nie silącą się na wprowadzenie opowieści na przesadnie wydumany poziom. Udało się to idealnie zrobić w klasycznym „Imperium kontratakuje” (ale ja wtedy inaczej oglądałem filmy), dobrze sprawdziło się w „Przebudzeniu Mocy” i „Łotrze 1”. Autorzy „Ostatniego Jedi” tylko pozornie sięgają  po klasyczne inspiracje, znacznie bardziej przechodząc ze swoją propozycją na stronę fantastyki naukowej poszukującej odważnych kierunków i oryginalnych rozwiązań. Brawo za ambicje! Problem w tym, że ja takiego filmu nie chciałem obejrzeć.

No dobrze, nie ma nic złego w chęci rozwijania tego uniwersum i odważnego przekraczania kolejnych jego granic. Młody odbiorca, który nie jest związany z klasyką tak mocno, przyjmuje te pomysły z wypiekami na twarzy. Dla mnie konstrukcja „Ostatniego Jedi” pełna jest dziur czasoprzestrzennych, nowych postaci, miejsc i wydarzeń, które sklejone nie działają płynnie, a raczej wytrącają z równowagi. Taki sposób oglądania filmu zdecydowanie lepiej trafia do widza chłonącego współczesną rozrywkę. Ja wolę bajki…
[Ocena: 7/10]