piątek, 22 września 2017

Gdynia 2017. Rozmawiając z widzami


To już ostatnie godziny oficjalnych pokazów 42. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Za mną wszystkie już niemal najważniejsze pokazy konkursowe. Nie wszędzie dostrzegam umiejętność rozmowy z widzami, ale na szczęście mamy twórców, którzy mają taką zdolność.

Kolejnym bardzo udanym i ważnym filmem podczas tegorocznej Gdyni jest „Cicha noc” w reżyserii debiutującego w długim metrażu Piotra Domalewskiego. To na swój sposób skromna realizacja z doborową obsadą, ale z historią, która wiele osób może zaboleć – mnie ukuła szczególnie mocno. Jest wigilia, do rodzinnego domu gdzieś na odległej wsi powraca z emigracji starszy syn, który ma do załatwienia ważną sprawę. Nie jest trudno się domyślić, że rozwój wypadków nie przebiegnie po jego myśli. Mniejsza z tym. Oto oglądam obraz rodziny, tak bolesny i tak prawdziwy, jaki w kinie przedstawić udaje się niezmiernie rzadko. Jest matka przy garach i ojciec z poważnym problemem alkoholowym. Jest dziadek-potwór, siostra ze szwagrem, wujek z ciotką, kuzynki z komórkami i mała siostrzyczka. Jest świat nienapawający optymizmem, jest rutyna wigilijnego wieczoru i… sprawa. I krok po kroku reżyser i scenarzysta w jednej osobie otwiera przed widzami kolejne elementy tej filmowej układanki, która specjalnie odkrywcza nie jest, ale która na ekranie wygląda bardzo autentycznie. A to nie zdarza się przesadnie często w polskim kinie. Ktoś powiedział „Smarzowszczyzna”, ale nic z tych rzeczy. Jest inaczej, mniej wystawnie, bardziej emocjonalnie, bo bez „fajerwerków”, finezyjnych ujęć kamer, a nawet bez muzyki ilustracyjnej podbijającej opowieść. Są za to aktorzy, którzy koncertowo wręcz prezentują się na ekranie, WSZYSCY! Dawid Ogrodnik czy Arkadiusz Jakubik nie potrzebują specjalnego uznania. Za to każdy widz „Cichej nocy” zwróci uwagę na, grającą rolę matki, panią Agnieszkę Suchorę, którą kojarzy wielu z nas, ale której kino jakoś do tej pory nie rozpieszczało. Kolejne znakomite odkrycie festiwalu i fantastyczna aktorka, której talent polskie kino powinien niezwłocznie wykorzystać. „Cicha noc” w polskich kinach od 24 listopada [Ocena: 8/10]

Jakże inną propozycją jest film Łukasza Palkowskiego zatytułowany „Najlepszy” i jak bardzo widać na tym przykładzie tę fantastyczną różnorodność w polskim kinie. Oto bowiem otrzymaliśmy dużą realizację opartą na faktach i nakręconą z biograficznym hollywoodzkim zacięciem. To historia Jerzego Górskiego, który wyszedł z nałogu, wygrał ze swoimi słabościami i osiągnął wielki sportowy sukces. Mało kto kojarzy tę historię i tego człowieka, ale film zrobi z Górskiego osobę także popularną poza kręgami sportowymi. Inna sprawa, że jak mówi sam bohater oraz twórcy filmu, nie jest „Najlepszy” dokładnym odwzorowaniem losów bohatera. Dobrze więc, że obok filmu pojawi się także książką, rzetelnie opisująca życie Górskiego. A co z filmowym „Najlepszym”? Nie jest to niestety aż tak dobra propozycja, jak poprzedni film reżysera, czyli „Bogowie”. Za dużo jest w „Najlepszym” filmowych uproszczeń, za dużo skrótów, montażowych potknięć i niekonsekwencji. Mam wrażenie, że obejrzeliśmy taką „szybką” wersję przygotowaną na festiwal w Gdyni i że jeszcze sporo może się tutaj zmienić, do czasu premiery wyznaczonej na 17 listopada. Za to nie zmieni się sam charakter filmu, czyli klasyczne „od zera do bohatera”. Trzeba jednak przyznać, że Łukasz Palkowski i producenci czują kino, wiedzą jak zrobić fajny komercyjny projekt dla szerokiej widowni, bez przesadnych ambicji i bawienia się w artystyczne sznyty. „Najlepszy” ma świetne tempo, znanych aktorów (dla mnie za mało Janusza Gajosa w roli Marka Kotańskiego), udaną oprawę realizacyjną. Prawdziwie hollywoodzki polski film. [Ocena 7/10]

Bolesnym rozczarowaniem tegorocznego festiwalu w Gdyni jest dla mnie film „Ptaki śpiewają w Kigali”, ale zapewne także z powodu bardzo wygórowanych oczekiwań, jakie miałem względem opowieści o ludobójstwie w Rwandzie, emigracji i przede wszystkim relacji dwóch kobiet z dwóch odległych światów. Tu nie będzie taryfy ulgowej ode mnie dla twórców (ale zapewne mało to kogo interesuje), ale niestety podobnie potraktowali widzów twórcy filmu. Ostatni projekt Krzysztofa Krauze, zrealizowany ostatecznie przez Joannę Kos-Krauze nie porwał mnie i nie zachwycił, choć dostrzegam oczywiście świadomie wybraną bardzo ambitną drogę twórczą. W dorobku autorów „Placu zbawiciela”, „Nikifora”, „Papuszy”, a wcześniej chociażby „Długu” jest jak widać kino wybitne, ale przecież tak bardzo filmowe i kinematograficzne (bo nie wiem jak to nazwać inaczej). „Ptaki śpiewają w Kigali” idą zdecydowanie dalej w swojej materii filmowej, są najambitniejszym i najtrudniejszym z filmów podpisanych przez nich, nie upraszczają, stawiają bardzo wysoko poprzeczkę widzowi i w żadnym wypadku nie próbują mu niczego ułatwić w odbiorze. Otrzymaliśmy film osobny, nawet na tle europejskiego kina, co ambicjonalnie jest zapewne słuszne i oddaje hołd przedwcześnie zmarłemu reżyserowi, ale niestety do mnie taka propozycja nie przemawia. Wolę w kinie zdecydowanie prozę od poezji. Wolałbym ten temat obejrzeć w bardziej klasycznej formie, tak to już jest ze mną. Film jest od dziś w kinach, można więc ocenić samemu. Na pewno warto, mamy bowiem do czynienia z tematyką jeszcze w polskim kinie nieporuszaną, odważną i na swój sposób oryginalną. Trzymam kciuki, by taka forma dotarła do jak największego grona odbiorców i by ich zachwyciła. [Ocena 6/10]

I jeszcze na koniec film, który mógł być wydarzeniem, ale niestety do udanych zaliczyć go nie mogę. To „Czuwaj”, jak chcą twórcy „thriller” o spotkaniu dwóch światów. Po pierwsze „Czuwaj” ma świetny początek, ekspozycję świata i postaci. Oto obóz harcerski i zaplanowana wizyta rówieśników z poprawczaka. Chłopcy razem będą mieszkać, pracować i bawić się. I gdyby scenariusz niósł ze sobą niespodzianki, zwroty akcji o większym prawdopodobieństwie to byłoby to świetne kino. Tymczasem dostrzegam tutaj sporo słabości, dramaturgicznych nonsensów, elementów tak mało realistycznych, że niestety w drugiej części obserwowanie poczynań bohaterów i tej historii zwyczajnie „boli”. No i chyba dostaliśmy bardzo nieprzychylna „reklamę” harcerstwa, bo choć twórcy nie używają oficjalnych nazw, wiadomo z czym mamy do czynienia. [Ocena 5/10]