środa, 25 października 2017

Kolejna filmowa wpadka Fassbendera


Na początku roku bardzo średni „Assassin’s Creed”, w maju zawodzący na całej linii „Obcy: Przymierze” oraz rozczarowujący jednak „Song to Song”, a teraz totalna żenada w postaci „Pierwszego śniegu”. Michael Fassbender nie będzie mógł zaliczyć tego roku do udanych. Mam tylko nadzieję, że w małżeństwie wiedzie mu się lepiej.

Rozpisywałem się już na blogu o ekranizacji gry oraz kolejnej części „Obcego”, ale „Pierwszy śnieg” przelał czarę goryczy. Oczywiście nie jest winą aktora, że scenariusze są okropne, a pomysły filmowe na bardzo złym poziomie, ale talentu Fassbendera szkoda szczególnie, bo to zdolny człowiek. Porażkę widać szczególnie wyraźnie oglądając ekranizację książki Jo Nesbo. Proponuję trzymać się od tego filmu z daleka, bo poza plenerami nic go nie broni. Bo choć książki nie znam, to uważam, że w tym przypadku znać jej nie muszę – inne medium, inne oczekiwania, inne doświadczenie.

Skandynawskie kryminały mają dziś wysokie notowania i na ich podstawie kręcone są bardzo udane seriale. Wydawałoby się więc, że hollywoodzcy spece wyciągną z takiej książki wszystko co najlepsze, zrobią pasjonującą historię, z kapitalnie prowadzoną intrygą, umiejętnie budowanym napięciem i licznymi niespodziankami. Skoro książka się udała… Przystępując do realizacji „Pierwszego śniegu” wiele wskazywało na to, że będziemy mieli do czynienia z dużym sukcesem. Zatrudnienie znanych aktorów i norweskie krajobrazy a przede wszystkim marka reżysera były obietnicą wielkiego kina (przynajmniej w tym gatunku). Tymczasem…

Nic z tego nie wyszło. Mało tego, to co wyszło jest na bardzo niskim i żenującym wręcz poziomie. „Pierwszy śnieg” nie trzyma się KUPY (a słowo to pasuje do filmu bardzo), od samego początku wątek kryminalny nie ma najmniejszego sensu, próba wyjaśnienia niektórych pomysłów nawet długo po filmie nie znajduje żadnego sensownego uzasadnienia. Wszystko w „Pierwszym śniegu” zamiast budować jakąś ciekawą historię, dostarcza nam żenujących doświadczeń. I na każdym kroku rodzi się pytanie – JAK TO MOŻNA BYŁO ZEPSUĆ? W Hollywood? Z takimi środkami! Z tak utalentowanymi twórcami! Z TAKIM ZAPLECZEM!

Tomas Alfredson w jednym z wywiadów opowiedział o powodach porażki filmu, a wyznał to już tydzień po światowej premierze. Okazało się bowiem, że winę za efekt końcowy ponoszą producenci, którzy nie tylko nie dali reżyserowi nakręcić filmu, jaki planował, to jeszcze obcinali pieniądze i nie starczyło ich na kilka kluczowych scen, które wniosłyby więcej sensu do filmu. Ja w to jakoś nie wierzę, dla mnie już na poziomie scenariusza wszystko leży i kilka scen dodatkowych niewiele by tu zmieniło. Problem tego filmu leży po prostu w chęci zrobienia dużej kasy, małymi środkami. Kilka haseł, gwiazdy, książka u podstaw i ludzie mają się nabrać. I generalnie dają się do kina zaprosić, choć wychodzą zazwyczaj bardzo rozczarowani. Tak było na moim seansie, po którym odbyłem sobie krótką pogawędkę z kilkoma osobami.

Krytycy są zazwyczaj bezlitośni. Na Rotten Tomatoes ocena sięga 8 procent i to mówi wiele. Polscy krytycy oceniają średnio film na 4,6 – choć zdarzają się oceny na poziomie 8.0, których kompletnie nie rozumiem.

W tym wszystkim szkoda Michaela Fassbendera, który aktorem znakomitym jest, ale którego ostatnie wybory pozostawiają wiele do życzenia. Mam nadzieję, że niedawne małżeństwo z Alicią Vikander pomoże mu lepiej odnaleźć się w filmowym świecie. [moja ocena 3]