środa, 1 czerwca 2016

56. KFF. Teatr i muzyka


Dwa dokumenty ukazujące sztukę od kulis zrobiły na mnie dziś wielkie wrażenie. Najpierw krótki „Wielki teatr”, a potem rasowy dokument „Jarocin, po co wolność”. Nie brakuje wydarzeń na Krakowskim Festiwalu Filmowym.

Ten pierwszy spogląda za kulisy największej sceny teatralnej w Polsce. Oto jak wygląda Teatr Wielki w Warszawie z ogromnym tłumem ludzi pracujących nad przygotowaniem i wystawieniem kolejnego ważnego dzieła. Zatrudnionych jest tutaj kilkaset osób, przestrzeń teatru to hektary większych i mniejszych pomieszczeń, zakamarków, pracowni. Najdrobniejszy element potrzebny do wystawienia dzieła sztuki powstaje właśnie tam, w labiryncie mieszczącym korytarze i pokoje z mnóstwem osób uwijających się na swoich stanowiskach. Dokument Sławomira Batyry w sposób imponujący zabiera nas w podróż do świata, który na co dzień zamknięty jest przed zwykłymi ludźmi. Warto poznać ten świat, wtedy na sztukę patrzy inaczej.

Drugi z dokumentów to próba zmierzenia się z legendą festiwalu w Jarocinie. Dziś to wydarzenie nie przypomina już festiwalu, który dział się ponad 30 lat temu. Miejsce ważne dla mojego pokolenia, dla wszystkich „zbuntowanych” w tamtych trudnych czasach. A dziś? Jarocin gra na nostalgii, sięga po klasyków z dawnych lat, ale zdaje się być tylko familijnym zjazdem dobrych znajomych. Na szczęście twórcy filmu większość swojego filmu poświęcają złotym czasom Jarocina, budowaniu jego potęgi i roli w życiu wielu osób. Archiwalnym zdjęciom towarzyszom wypowiedzi muzyków i organizatorów. Opowieść płynie wartko, bo barwna to przecież historia. Muzycznie przygrywają nam słynne kapele z lat 80-tych, a więc robi się nostalgicznie i bardzo ciepło. Dla osób pamiętających tamto wydarzenie, będzie „Jarocin, po co wolność” wspaniałym przeżyciem. Dla innych ciekawym spojrzeniem na polską historię. Gdybym miał się do czegoś przyczepić, to chyba tylko do długości filmu. Przydałoby się odrobinę go przyciąć, bo pod koniec czuć już zmęczenie tematem, a przecież nie o to chodzi.

Bardzo udanym dokumentem jest nowa propozycja Macieja Adamka zatytułowana „Dwa światy”. To historia rodziny, gdzie mama i tata są niesłyszący, a nastoletnia córka jest ich łącznikiem ze światem. Miejsce akcji jest tutaj bardzo ważne. Oto polska wieś i typowi jej przedstawiciele, którym los nie zgotował łatwej drogi życiowej. Jest też rezolutna współczesna młoda dziewczyna, która w tym trudnym świecie bardzo sprawnie się porusza, choć zapewne tęskni za nieco innym światem. Reżyser w sposób bardzo przystępny i na swój sposób ciepły ukazuje relacje między dorosłymi a dzieckiem, codzienne troski i problemy, ale też sukcesy. To po prostu normalna rodzina, może trochę inaczej się porozumiewająca, ale z problemami jakie dotykają wielu z nas. Warto poznać ten świat, zrozumieć i uszanować.

Fabularny „Basen” z Adamem Woronowiczem to studium rodzącego się zniechęcenia i depresji, które prowadzą do tragedii. Kolejna przygnębiająca historia pracownika korporacji, którego niszczy otaczający go świat. Film umiejętnie buduje atmosferę rosnącego napięcia i prowadzi nas wprost do mocnego finału. Tutaj nie będzie happy endu. Podobnie sprawa ma się z filmem „Lily”, który znacznie umiejętniej gubi tropy i prowadzi swoją historię. Do uporządkowanego świata dwójki bohaterów wprowadza się nowa osoba, która swoim zachowaniem wprowadzi znaczące zmiany. To film opowiadający przede wszystkim o dwójce dzieci, ich relacji i rywalizacji. Trafna obserwacja dziecięcego spojrzenia na świat, a dla dorosłych ciekawa perspektywa, z którą należy się liczyć w życiu codziennym.

Na Krakowskim Festiwalu Filmowym prezentowane są także długometrażowe filmy dokumentalne. Obejrzałem dwa bardzo odległe propozycje.

„Ingrid Bergman: In Her Own Words” to film poświęcony słynnej aktorce szwedzkiego pochodzenia, która w latach 40-tych i późniejszych podbiła Hollywood, a której decyzje prywatne budziły przez wiele lat sporo emocji. W filmie historia opowiadana jest głównie za pomocą wspomnień i archiwalnych wypowiedzi samej aktorki. Całość zaopatrzona o liczne archiwalne i prywatne rodzinne nagrania, co stanowi o sile tego filmu. Obserwujemy jej młodość, karierę i całe bujne życie prywatne. Szwedzki reżyser znalazł dla tej historii swój własny sposób i bardzo dobrze, że uciekł od schematycznej i bardzo typowej biograficznej opowieści. Film nie jest jednak niczym oryginalnym, a przypomina niedawny „Marlon Brando o sobie”, który w podobny sposób przybliżał postać wielkiego aktora.

Inaczej sprawa ma się z filmem „Life on the Border” (Życie na granicy), który zabiera nas do obozu dla uchodźców z iracko-syryjskiego pogranicza. Tysiące osób musiało uciekać ze swoich domów przed terrorystami z Państwa Islamskiego. Ogrom tragedii, jakiego doświadczyli nie jest możliwy do opisania. Dziś żyją w obozie i tęsknią za swoimi domami. Słynny irański reżyser z kurdyjskimi korzeniami Bahman Ghobadi wybrał się do obozu by oddać małe cyfrowe kamery ośmiorgu wybranym dzieciom i by to one opowiedziały własnymi słowami o swoim życiu. Powstał nowelowy film, który więcej mówi o świecie tych ludzi niż setki godzin rasowych dokumentów i programów realizowanych przez zagranicznych twórców za wielkie pieniądze. Przejmujące i poruszające świadectwo dzisiejszego świata.