wtorek, 31 maja 2016

56. KFF. Mocny dzień w Krakowie

Nauka chodzenia
Na Krakowskim Festiwalu Filmowym dużo się dzieje. To był bardzo trudny dzień, nie tylko z powodu obfitych opadów deszczu. Twórcy odkrywają przed widzami wstrząsający obraz świata. Warto odbyć tę podróż. Te mocne doświadczenia były udziałem głównie filmów dokumentalnych.

Najmocniejszym dzisiejszym tytułem był dokument Wojciecha Kasperskiego „Ikona”. Twórca mający na swoim koncie kilka innych znaczących produkcji ponownie sięga po współczesny realistyczny obraz świata. Jego „Ikona” to wyprawa do szpitala psychiatrycznego mieszczącego się na Syberii. Obrazy, które przyszło nam oglądać są tak bardzo poruszające i wstrząsające, że zapewne jeszcze długo drenować będą nasze głowy. Reżyser obserwuje świat o istnieniu, którego zapewne wszyscy wiemy, ale którego zapewne oglądać nie mamy ochoty. Wejście do tej placówki z kamerą jest dla widza znaczącym doświadczeniem, ale przede wszystkim pozwala zbliżyć się odrobinę chociaż do świata bardzo od nas oddalonego. Po co to robimy? W jakimś sensie z powodu potrzeby oczyszczenia, chęci poznania nieznanego, możliwości spotkania ludzi o zdecydowanie innych relacjach ze światem. Po takim seansie na świat patrzy się zdecydowanie inaczej. Lepiej?

Film „Z pogranicza cudu” Tomasza Jurkiewicza to dokumentalna wyprawa w poszukiwaniu duchów. Na początku opowieści bohaterem jest człowiek, którego nieznana siła uratowała przed śmiercią. Od tej pory spisuje historie innych ludzi, którzy doświadczyli istnienia sił nadprzyrodzonych. Kamera towarzyszy mu w spotkaniach, ale też czasami opuszcza, by podążać za innymi świadkami dziwnych zjawisk. Efekt? Coś jest na rzeczy, ludzie widzieli, ludzie doświadczyli, ludzie o tym mówią. Czasami ich relacje są słabo udokumentowane, czasami opowieść wywołuje dreszcz, pojawiają się więc łowcy duchów i ksiądz egzorcysta (ale tutaj kamera już nie działa). Nie mam pewności czy reżyser chciał zrobić nieco lżejszą opowieść, czy też poważną relację o zjawisku. Czy niezamierzony humor jest tutaj na miejscu? Bohaterowie wierzą w to co przeżyli, szanuję ich za to. A czy wierzę? To już inna sprawa.

Znakomitym i chyba najlepszym dokumentem był dziś film „Nauka chodzenia” Marcina Kopcia. Taki filmowy bohater to skarb. Były żołnierz mafii, który przyznaje się do stosowania przemocy, a który po latach rozlicza się ze swoich zbrodni. Porażające to relacje naocznego świadka, sprawcy wielu krzywd. Za historią dorosłego dziś człowieka stoją wydarzenia z lat młodości, późniejsze problemy i wielkie traumy rodzinne. Film jest doskonale skonstruowany, świetnie obmyślony, mądrze opowiedziany. To taka historia, która dużo mówi nie tylko o samym człowieku, ale też otaczającym go świecie. Sceny przemocy opowiadane przez bohatera odgrywane są w naszej wyobraźni, dzięki czemu widzimy niewyobrażalną skalę zniszczeń w jego życiu oraz w życiu jego bliskich. Poruszający, mocny, autentyczny. Kino!

Nieco cieplej zrobiło się po seansie dokumentu „Więzi” Zofii Kowalewskiej. Ona i on są małżeństwem od ponad 40 laty, ale to on na 8 lat opuścił swoją żonę i zamieszkał z inną kobietą. Teraz ponownie są razem, ale jakie to życie? Sytuacja dość kłopotliwa, a kamera dociekliwa. Niełatwe to wspólne życie i słuszne przecież żale zdradzonej żony. Czy zmieni coś zbliżająca się uroczystość 45-lecia wspólnego małżeństwa? To bardzo skromna produkcja, złożona z kilkunastu obserwacji wiekowych bohaterów. Siła tego filmu tkwi jednak właśnie w prostocie – tych ludzi, ich historii i relacji z ich życia.

Wśród fabuł wyróżnił się dziś szczególnie „Hycel” Darii Woszek, jedna z nielicznych na tym festiwalu opowieści podszytych czarnym humorem. Oto były pracownik schroniska dla zwierząt trudni się porywaniem psów i za opłatą oddawaniem ich prawowitym właścicielom. Życie bohatera złożone jest ze schematów, a te wiele mówią nam o tym dość dziwnym osobniku. Wszystko zmienia się wraz z pojawieniem się pewnego wilczura. Świetnie wymyślony bohater. Ma on swój niepowtarzalny charakter, złożony z pewnych rytuałów i historię ciążącą na jego przeszłości. Ma on też szansę na uczucie, ale musi nieco bardziej się postarać. Wszystko zostało idealnie skrojone pod Janusza Chabiora, który genialnie odnalazł się w tytułowej roli. Niby prosta to fabuła, ale umiejętnie opowiedziana, z dobrą historią i taką też puentą.

Odmienna propozycją był dziś film „Otwarcie” Piotra Adamskiego, odważna relacja z wydarzenia poruszającego ludzkie emocje. Oto znany performer umierając daje jeszcze jeden występ. Na szpitalnym łóżku w galerii można zobaczyć jego ostatnią rolę. To porażające doświadczenie, szczególnie gdy patrzymy na ludzi, którzy w umierającym człowieku widzą głównie sztukę. Wernisaż to obraz naszego świata, gdzie ludzka znieczulica nie jest w stanie dostrzec bólu i cierpienia. Mamy też obraz artystycznych granic, pytanie o zasadność podejmowania takich działań i ich sens. Zasmucony obraz świata. Zdecydowanie nie mój, ale film pod wieloma względami ważny i zachęcający do rozmowy.