poniedziałek, 30 maja 2016

56. KFF. (Na) dobry początek

Lokatorki
Wczoraj oficjalnie, a dzisiaj dla mnie rozpoczął się 56. Krakowski Festiwal Filmowy. Lubię to miasto, tych ludzi i takie kino. Codziennie wśród bardzo wielu propozycji poszukuję filmowych pereł. Dziś miałem szczęście takie znaleźć.

To nie był zbyt długi filmowy dzień, ale i tak w ciągu kilku godzin udało mi się zobaczyć kilka filmów, z których zdecydowana większość była propozycjami godnymi uwagi. Dzień rozpoczął się od filmu „Ciepło-zimno” (Konkurs polski) w reżyserii Marty Prus z Łódzkiej Szkoły Filmowej (producent Marcin Malatyński – przypadkowo bohater dnia!), którego ciężar gatunkowy ukazuje nam kolejny dramatyczny i społeczny talent wśród młodych polskich autorów/autorek. Ta filmowa opowieść boli, ale zapewne taka miała być – nie pozostawiać obojętnym, mocno potrząsnąć, pokazać świat bezwzględny. Oto na swojej drodze spotykają się dwie kobiety (powtarzająca się niestety Magdalena Berus oraz Katarzyna Wajda), ta młodsza-bardzo niegrzeczna i ta starsza mocno-zniszczona. Obie mają za sobą historie, obie cel do zrealizowania, łączy je ból i chęć doprowadzenia do zamierzonego finału. Ten, jak i cała droga obu kobiet, to kilka niespodzianek i zwrotów akcji czekających na widza. Marta Prus wykazała się umiejętnością kreacji, szczególnie w pierwszej części swojego filmu. Kapitalnie udało jej się mylić filmowe tropy, zaskakiwać widza pomysłami i często sprowadzać go w obszary dość nieoczekiwane. To spora zaleta i tutaj należą się brawa. Żałuję jednak, że autorka zdecydowała się na taki ciężar tego filmu, który wraz z rozwojem akcji przytłacza i wpędza w totalną depresję. A gdyby tak utkać z tej historii nieco mniej ponury obraz świata? Wiem, marudzę.

Na dowód drugi z dzisiejszych obrazów z Łódzkiej Szkoły Filmowej, wyprodukowany także przez Marcina Malatyńskiego. „Lokatorki” (Konkurs polski) to kino równie udane i przejmujące. Klara Kochańska także  skonfrontowała ze sobą dwa różne światy, dwie kobiety, dwie bohaterki mocno doświadczone i obciążone. Punkt wyjścia w „Lokatorkach” jest bardzo ciekawy i zapewne bliższy codziennemu życiu. Oto bohaterka (Julia Kijowska) kupuje na aukcji komorniczej mieszkanie, ale jak się okazuje ciągle zamieszkałe przez byłych właścicieli. Zaczyna się film… Takie zawiązanie akcji otwiera sporo możliwości i może prowadzić w różnych kierunkach. Klara Kochańska w swoim 30-minutowym dyplomie fabularnym zdecydowała się pójść dość sprawdzoną drogą mocnej konfrontacji. Efekt wyszedł dobry, ale nie powalający. Atmosfera gęstnieje, światy się zderzają, za chwilę dojdzie do „przegrzania”, a potem do otwartego zakończenia. Pomysł i wykonanie dobre, aktorzy świetni, ale pozostało we mnie małe poczucie niedosytu. Po prostu z wielu możliwych rozwiązań tej historii, zakończenie choć otwarte, okazało się aż nadto oczywiste.

Obie reżyserki z Łódzkiej Szkoły Filmowej świetnie się spisały i będę wypatrywał ich debiutów fabularnych. Byłoby jednak wskazane, gdyby inspiracji do tych nadchodzących ważnych filmów  poszukiwać w świecie nieco mniej bezwzględnym, szarym, ponurym i z gruntu złym. Przecież nie tylko tego uczą w szkołach…

Kontynuując spotkanie z reżyserkami z Łódzkiej Szkoły Filmowej nie sposób przejść obojętnie obok dokumentalnego filmu Emi Buchwald zatytułowanego „Nauka” (Konkurs polski). I tutaj producentem był Marcin Malatyński, ale zdecydowanie mamy do czynienia z inną formą wypowiedzi i zapowiadam pojawienie się sporego reżyserskiego talentu (nikomu nie umniejszając). „Nauka” to kamera postawiona w domu kilkorga rodzin, które przygotowują swoje pociechy do recytacji wiersza Juliana Tuwima „Nauka”. Wchodzimy do kilku światów, w których kilkulatkowie z rodzicami toczą „bój” podczas nauki. I te właśnie konfrontacje stanowią o sile filmu. Są to bowiem kapitalne obserwacje relacji rodzinnych, ze szczególnym spojrzeniem na współczesne dzieciaki. A wiem, co piszę bowiem w kilku przypadkach w filmie widziałem nasze (mojej żony głównie) zmagania z maluchami podczas naszych domowych „lekcji”. Emi Buchwald świetnie odnalazła się w tych domach, pozwala powoli krążyć kamerze w czasie ich spotkań, nie ingeruje, nie czuć jej obecności, a dzięki temu rodziny otwierają się jak rzadko kiedy na ekranie. Mistrzowska obserwacja życia, z kapitalną puentą w finale. Poproszę więcej takiego kina.

Dokumenty stanowiły dzisiaj znaczną część mojego programu. Dość przypadkowo skonfrontowałem ze sobą kilkoro ludzi z różnych stron świata. Najpierw w filmie „Wytrwałość” (Konkurs polski) spotkałem Bena Barenholtza, cenionego nowojorskiego propagatora kina niezależnego i producenta, który po wielu latach powraca do Polski i na Ukrainę by zmierzyć się z tragiczną historią swojej rodziny z czasów II wojny światowej. Najcenniejsze w tym filmie jest zachowane wspomnienie bohatera i jego brata oraz ich powrót na Wołyń, do miejsc dzieciństwa. Barenholtz chodząc po miejscach kaźni wspomina czasy Holocaustu i jak sam mówi, tylko taka forma upamiętnienia tych zbrodni ma dla niego sens. Ciężkie to kino, temat bolesny, bohater pokazany zgodnie z prawidłami sztuki filmowej. Bez finezji, błysku, oryginalności.

Inaczej było w przypadku kolejnej propozycji. Bohaterowie filmu „Bracia” (sekcja Laureaci festiwali) też mogliby opowiedzieć o swojej traumatycznej przeszłości po zesłaniu na Sybir i do Kazachstanu, ale szczęśliwie reżyser Wojciech Staroń nie sięga prawie w ogóle do tych wspomnień. Tytułowi bracia Alfons i Mieczysław Kułakowscy po wielu dekadach powrócili do Polski i mimo, że są już w podeszłym wieku, żyją pod jednym dachem w dawnej ojczyźnie. Staroń skupił się na dwóch osobowościach, dwóch różnych ludziach, różnych postawach i różnych relacjach. Braci dzieli niemal wszystko, ale wyraźnie są sobie wzajemnie potrzebni. Film jest czasami dla nich bezwzględny, ale przez to na ekranie pobrzmiewa autentyzm, którego tak bardzo wypatruję w dzisiejszym kinie. Częściej jednak autor ukazuje braci w sytuacjach bardzo rodzinnych, ciepłych, bliskich. Niezbyt często spotkać można na ekranie tak umiejętnie pokazaną zażyłość między dwiema osobami.

Kolejny dokument miał być dzisiejszym wydarzeniem, ale „Mnich z morza” (Konkurs polski) okazał się dla mnie pozycją mocno rozczarowującą. Niespecjalnie potrafię wejść w ten świat i spróbować go przybliżyć. Nie czuję niestety takiej potrzeby, ten bohater prawie w ogóle mnie nie porwał, jego historia nie wciągnęła, a daleka Tajlandia pozostała równie daleka, jak przed filmem. Wyprawa by przyjrzeć się pewnemu zjawisku o bardzo lokalnym charakterze zapewne była dla twórców ważnym doświadczeniem. Niestety jej efekt na ekranie już tak nie wygląda.

Na koniec o jednym jeszcze filmie. Jak widać w tej relacji i będzie widać w kolejnych, skupiam swoją uwagę na polskich produkcjach. Przytrafią się jednak i zagraniczne propozycje. Do bardzo udanych należy krótki kanadyjski film zatytułowany „Wiadukt” (sekcja Laureaci festiwali). Idealnie nadaje się on do spuentowania mojego narzekania na smutne polskie krótkie filmy. Kanadyjczycy nakręcili film o cierpieniu, ale po mistrzowsku nie popadli w przesadną depresję, swojej historii dając genialną umiejętność pozytywnego wyjścia z najcięższej tragedii. Można?