wtorek, 11 lipca 2017

„Valerian” – Maliny czy Oscary?


Odbyły się już pierwsze pokazy filmu Luca Bessona zatytułowanego „Valerian i miasto tysiąca planet”. Bardzo ciekawie przedstawiają się jego oceny. Według jednych, jest to główny kandydat do Złotych Malin, według drugich jeden z najlepszych filmów roku. To najdroższa w historii europejska produkcja filmowa.

Byłoby fajnie, gdyby „Valerian” udał się Lucowi Bessonowi. Kosztujący ponad 200 mln dolarów film ma być bajeczną opowieścią kosmiczną, z pięknymi efektami i mam nadzieję fajną akcją. To też bardzo ryzykowny projekt, a Besson już dawno nie jest reżyserem gwarantującym sukces swojemu filmowi. Pierwsze recenzje wskazują na spory podział dotyczący odbioru tego przedsięwzięcia science fiction.

Krytycy mają problem i nie wiedzą, czy to co zrobił Besson to filmowa nieporadność, a może jego całkowite szaleństwo. Te negatywne oceny sugerują, że mamy do czynienia z „euro-śmieciem” i „epickim bałaganem”. „Valerian” najpierw jest „drętwy”, a potem „wyczerpujący”. Krytyk „The Hollywood Reporter” chciałby utworzenia nowej kategorii w Złotych Malinach, właśnie dla najgorszych europejskich filmów („śmieci”). Wytknięto słabe aktorstwo, szczególnie Cary Delevingne, która musi zrozumieć, że jej zawód to nie tylko akcja i uśmiech. W dodatku hollywoodzcy giganci mogą odetchnąć, ponieważ kolejny wakacyjny zły film pochodzi z Europy. Druga strona chwali Bessona za ambicję, upajające trzydziestominutowe otwarcie, a nawet określa go „najlepszym filmem roku”. O „Valerianie” pisze się, że to „stara szkoła filmowej rozrywki – dzika, z dreszczem i bardzo twórcza” i że to „jeden z najpiękniejszych filmów science fiction, jakie kiedykolwiek powstały”.

I komu wierzyć? Ja ciągle mam wielką ochotę na ten film, nadzieję na imponująca „jazdę”, „kosmiczny odlot”, jakąś fajną kinową wakacyjną przygodę z dzieciakami, które też chcą obejrzeć „Valeriana”. 21 lipca wejdzie on do kin w USA, a 4 sierpnia w Polsce.