piątek, 22 lipca 2016

NH 2016. Almodovar i Refn otwierają


Dwa duże filmy od cenionych reżyserów zainaugurowały 16. festiwal Nowe Horyzonty we Wrocławiu. Oba niestety nie są ich znaczącymi dokonaniami. Pedro Almodovar i Nicolas Winding Refn mnie rozczarowali.

Najpierw "Julieta", czyli najnowszy Pedro Almodovar. Ten film wybrano na oficjalne i uroczyste otwarcie Nowych Horyzontów. Powód byłby niezrozumiały, gdyby nie list od reżysera przeczytany na gali, a to oznacza, że bardzo zabiegano o jego przyjazd do Wrocławia. Nie znalazł czasu niestety. Mniejsza z tym. Popatrzmy na film, który wydaje mi się kompletnie niepotrzebną próbą zmagania się z materią filmową, w dodatku mocno odbiegającą od rzeczywistości (a może mi się tylko tak wydaje). Oto historia relacji matki z córką, oparta na retrospekcjach z życia tytułowej bohaterki, która traci kontakt ze swoją córką w obliczu tragedii. Kilka rzeczy mi tam mocno zgrzyta. Córka znika, matka cierpi, ale nie szuka jej "za wszelką cenę" szanując jej chęć "odnalezienia własnej drogi życiowej". No dobrze, oczywiście można i tak. Jednak Almodovar tka swoją opowieść z licznych niedorzeczności, z których najbardziej bolesny jest upływ czasu. Czy kochający rodzic może tak biernie trwać w oczekiwaniu na kontakt? To się w głowie nie mieści, ale kto wie... Za to najbardziej w tej historii odrzuca mnie koniec filmu i ten pomysł na zbliżenie się obu kobiet. "Julieta" wydaje mi się bardzo błahą opowieścią w dorobku Almodovara, który miał to lepsze/genialne filmowe chwile, to nieco gorsze/niepotrzebne produkcje na koncie. To opowieść, która nic mi nie dała, niczego nie nauczyła, na nic nie zwróciła szczególnej uwagi. Wszystkie problemy tutaj zarysowane są powszechnie znane, a zagrożenia czytelne. Almodovar porusza się po temacie relacji, które wydaje mi się, są mu kompletnie nieznane, a przez to tak bardzo odrealnione. Już wolę gdy reżyser idzie w świat kompletnie mi obcy, inny, tajemniczy. Wtedy jest w stanie mnie zaskoczyć. W jego najnowszą historię po prostu NIE WIERZE!

Co innego "Neon Demon", który jest senną marą i z założenia prostą bajeczką dla dorosłych dzieci. Ten twórca przynajmniej nie próbuje mnie oszukać. Wiemy gdzie jesteśmy, znamy bohaterkę, wiemy gdzie zmierza jej historia. Refn opowiada, jak wielu przed nim, historię o pięknej niewinnej dziewczynie, która trafia do zepsutego świata modelek, nocnych klubów, brudów tego świata. Było tego mnóstwo, trzeba więc silić się na estetyczne fajerwerki, by widz ponownie chciał obejrzeć taką opowieść. I rzeczywiście zabiegi formalne Refna są dominującym elementem "Neon Demon". Te jego rozpoznawalne sztuczki ze światłem, zbliżeniami, wymyślną charakteryzacją, zwolnionym tempem, hipnotyzującą muzyką ponownie przykuwają nasz wzrok i uszy. I w sumie tyle... Reżyser zabiera nas w mroczny świat, będzie snuł historię, która zmieściłaby się na pojedynczej kartce scenariuszowego papieru i zdecydowanie postawi na styl. I tutaj Refn wygrywa ponownie, ale mam wrażenie, że jednocześnie dobrnął do ściany. Nie można ciągle robić tego samego filmu, trzeba w końcu pokazać ten błysk geniuszu, za który tak bardzo go szanujemy. "Neon Demon" to tylko kolejne ciekawe kinowe doznanie, trochę szalone, trochę obrzydliwe. Za to na pewno bardzo filmowe. Szkoda, że takie puste w środku.