niedziela, 25 czerwca 2017

35 lat „Łowcy androidów”. Od klęski do klasyki


Szkoda, że nie mam czasu, by napisać obszerny artykuł o jednym z moich ulubionych filmów fantastycznonaukowych. Dziś mija dokładnie 35 lat od dnia amerykańskiej premiery „Łowcy androidów”. Nie pamiętam niestety tamtych gorących dni, ale wiem jedno – mamy do czynienia z arcydziełem.

W 1982 roku do amerykańskich kin weszło wiele bardzo oczekiwanych filmów. Na szczycie kandydatów do tytułu najważniejszego z nich znajdował się na pewno „Łowca androidów”, ale były także wtedy w kinach m.in. „E.T.” (pogromca box office), „Mad Max 2”, kolejny „Star Trek”, „Coś” (premiera tego samego dnia!), „Duch”, „Conan barbarzyńca”, „Tron”, „Rocky III”, „Firefox”, „Ludzie koty”. Masakra! Nie konkurencja jednak zadecydowała o porażce „Łowcy androidów”, ale zdecydowane minięcie się z oczekiwaniami ówczesnej publiczności, zaproponowanie im zbyt radykalnego filmu SF, na którego mroczny klimat i bardzo nietypową akcję nikt nie był wtedy przygotowany.

Przyczyn niepowodzenia filmu w 1982 roku jest na pewno więcej. Film przecież zniszczony został wtedy także przez producentów, przemontowany przez nich wbrew wizji Ridleya Scotta, od którego zażądano dodania kilku niepotrzebnych elementów, jak głos bohatera w offie komentujący przebieg akcji. Ta wersja nie działa do dziś. Nie pomogli krytycy, którzy chwalili klimat, ale narzekali na całość. Wpływy w wysokości 26 milionów dolarów nie były aż tak złe, ale film kosztował 30 milionów dolarów, nie można więc było mówić o sukcesie. Na pocieszenie twórcy zdobyli dwa Oscary, za scenografię i efekty wizualne – i tutaj Akademii należą się wielkie brawa, za dostrzeżenie tego dzieła i uhonorowanie jego starań w kształtowaniu odważnych wizji przyszłości. Szkoda tylko, że premiery nie dożył sam Philip K. Dick, którego „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?” był inspiracją dla filmu. Pisarz zmarł trzy miesiące przed wejściem „Łowcy androidów” do kin, ciekawe jak oceniłby to dzieło wtedy.

Ale „Łowca androidów” nie został zapomniany. Gdzieś w latach osiemdziesiątych fani kina zaczęli go odkrywać na nowo, analizować i czcić. Pojawiły się kolejne wersje filmu, prezentowane to w telewizji, to na festiwalach science fiction i w końcu wydane na Laserdisc, VHS, DVD czy Blu-ray. Wersja DVD wydana dokładnie przed 10 laty była podsumowaniem starań o przywrócenie autorskiej wersji filmu. Jeszcze w latach 80., a potem podczas kolejnych dekad „Łowca androidów” stał się filmową legendą, a niechciany klimat, niesamowita wizja przyszłości oraz sama historia starcia ludzi z replikantami zaczęły się jawić, jako oryginalna, pełna pasji filmowa opowieść. Ridley Scott okazał się wizjonerem, a jego film jednym z najważniejszych dzieł gatunku w historii. W mojej ocenie to absolutna czołówka kina fantastycznonaukowego.


Za co lubię najbardziej „Łowcę androidów”? Jest kilka elementów, które stawiają ten film wśród najlepszych. Spróbuję tak na szybko je wynotować:

- niesamowita wizja przyszłości, której projekty koncepcji stworzył genialny Syd Mead
- nastrój i klimat Los Angeles z 2019 roku, mroczny i brudny, świetne wymyślony przez Scotta i scenografów
- radykalizm przyszłości w filmie, bo Scott nie daje nam łatwej opowieści, mnożąc przed widzami liczne wyzwania
- wielka muzyka Vangelisa, wraz z jej kolejnymi klonami i uzupełnieniami
- Harrison Ford w roli detektywa przyszłości, niczym bohaterowie Chandlera
- scena przeszukiwania zdjęcia przez Deckarda
- wizjonerskie, bardzo piękne i tradycyjne efekty wizualne i specjalne
- Daryl Hannah w niesamowitej charakteryzacji androida, oczywiście Rutger Hauer jako Roy Batty, Brion James jako Leon Kowalski, William Sanderson jako J.F. Sebastian i jego niesamowite zabawki w tym niesamowitym pustym budynku oraz tajemniczy Gaff w interpretacji Edwarda Jamesa Olmosa
- finałowa scena na dachu i symboliczny lot gołębia
- umiejętne zastosowanie zwolnionych ujęć, chociażby w scenie śmierci Zhory
- tradycyjne efekty wizualne, nienachalne, pomysłowe, twórcze



Dziś mija 35 lat od premiery „Łowcy androidów”, a ja próbuję sobie przypomnieć kiedy i w jakich okolicznościach obejrzałem ten film po raz pierwszy. Na pewno było to kilka lat po premierze, w momencie odrodzenia filmu, głównie dzięki erze VHS. Nie pamiętam swojej pierwszej reakcji, ale miałem wtedy gdzieś około 17 lat, chłonąłem kino i wygląda na to, że „Łowca…” mnie wciągnął. Po tym pierwszym seansie, były kolejne, a każdy z nich pozwolił mi dostrzegać kolejne wybitne elementy filmu. Bo rzeczywiście odkrywanie „Łowcy androidów” trwało wiele lat, ale nie bez przyczyny dziś na półce z filmami mam kilka różnych wydań tej niesamowitej produkcji Ridleya Scotta.

W październiku tego roku pojawi się sequel „Łowcy androidów”, temat bardzo niebezpieczny i łatwy do potępienia. Próba mierzenia się z legendą to wielkie i trudne wyzwanie, ale zaangażowanie Dennisa Villeneuve’a i Rogera Deakinsa pozwala mi wierzyć w powodzenie tego filmu. Czekam jednak na niego z niepokojem.