poniedziałek, 15 maja 2017

„Obcy: Przymierze” – zdecydowane NIE!

Panie Scott, nie kupuje tego...
[RECENZJA] Minął weekend. Fani już po seansie. Dzielę się więc swoimi wrażeniami po filmie „Obcy: Przymierze”. Na wstępie zdecydowanie piszę: jestem fanem „Prometeusza”! Oczekiwany od wielu miesięcy kolejny „Obcy” okazał się jednak w moim odczuciu wielkim rozczarowaniem. Chęć zbliżenia nowego odcinka do klasyki przyniosła kuriozalny odcinek, który jest dla mnie najgorszym z wszystkich dotychczasowych sześciu filmów z serii „Obcy”. Staram się w tekście unikać spoilerów, ale pominąć wszystkich „atrakcji” nie mogę.

Czym jest więc nowy „Obcy”? Postawmy sprawę jasno, bo w sumie wiadomo było to już wcześniej. To bezpośredni sequel „Prometeusza”, którego akcja dzieje się w określonym czasie po tamtym filmie. Miejsce akcji tylko dla niektórych będzie niespodzianką, ale twórcy umiejętnie skrywają ją przed widzami przez część filmu. I ok, niech tak będzie. Bohaterami historii są członkowie statku kolonizacyjnego, którzy przerywają swoją misję i lądują na planecie, z której napłynął tajemniczy sygnał. Ok, klasyczne rozwiązanie znane z pierwszego „Obcego”. Załoga jest fajna, z tym że wiele postaci nie zostało umiejętnie rozwiniętych. Z „Nostromo” było inaczej, a każdy z siedmiu członków miał swoje zdecydowane „pięć minut”. W „Przymierzu” załoga jest większa i niestety wiele osób pozostaje anonimowymi, choć dobrze rokowali i na pewno zasługiwali na więcej uwagi. Z wszystkich aktorów bardzo rozczarowała Katherine Waterston, wokół której kręci się cały film. Niestety… Aktorka nie ma charyzmy, nie ma „ognia”, nie przyciąga uwagi, a w jej „umiejętności” po prostu nie wierzę. Michael Fassbender dwoi się, by ciągnąć historię, ale i tutaj po jakimś czasie robi się nudno i przewidywalnie.

A jeśli chodzi o rozwiązania fabularne… Jest katastrofa podczas spokojnego lotu statku kolonizacyjnego, która przypomną chociażby niedawnych „Pasażerów” i wiele innych tego typu opowieści. Jest tragedia i pierwsze straty, jest żałoba, która trwa na ekranie bardzo krótko i szybko zostaje zapomniana. Potem napływa sygnał i to pierwsze ze zbyt prostych rozwiązań, jak na „Obcego”. Jest obowiązkowy lot na nieznaną planetę w celu zbadania tajemniczego sygnału i oczywiście penetracja planety. I tu zaczynają się największe problemy „Obcego: Przymierze”. Pierwszy z nich to sposób „zarażenia” kolonizatorów – zbyt banalny, jak na tę serię. Drugi to historia wcześniejszych mieszkańców planety – naprawdę, tak łatwo można było ich zniszczyć? Kolejny to filozoficzne dysputy androida, w których przychylni widzowie i recenzenci dopatrują się wartości nowego „Obcego”. Dochodzę też do kluczowej kwestii mitologii tej serii. Czy rzeczywiście obejrzeliśmy moment narodzin słynnego potwora? Przecież „Prometeusz” coś innego sugerował, rola Inżynierów prowadziła gdzieś indziej. Koncepcja pochodzenia Obcego wydaje mi się niespójna, kompletnie nieprzekonująca i mocno naciągana. I za cholerę nie wiem, gdzie wylądują członkowie załogi „Nostromo”, którzy znajdą te wszystkie jaja.

W „Przymierzu” Ridley Scott i jego scenarzyści przygotowali dla widzów kilka niespodzianek i zwrotów akcji. Zastanawiam się po co, skoro wszystkie były bardzo łatwe do przewidzenia i do rozszyfrowania. A pamiętacie pierwszego „Obcego”? On nie potrzebował tych wszystkich atrakcji, była załoga i ósmy pasażer i walka o przetrwanie, a jakie to było napięcie! Niedawno ponownie obejrzałem „Obcego – 8 pasażera Nostromo” i nowy film w konfrontacji z klasykiem ponosi klęskę. Skąd to rozczarowanie, skoro powstał tak widowiskowy produkt? W przesycie właśnie.

Klimat „Przymierza” zawodzi, szczególnie w drugiej kluczowej części filmu, kiedy odwiedzamy miejsca, mające w założeniu zrobić na nas największe wrażenie. Potęga tego świata i jego mroczna strona wydają się kompletnie odstawać od serii filmów o „Obcych”. Po raz pierwszy odwiedzamy inną cywilizację i… w żaden sposób nie jest dane nam poznać ją bliżej. Może to i lepiej, bo pomysłu na rozwinięcie tego tematu twórcy nie mieli. Z tym, że jeśli wkraczamy na ten teren, to można byłoby nieco ciekawiej go rozwiązać. A co otrzymujemy? Niedosyt niestety, jak na historię Inżynierów, na którą czekaliśmy tak długo. Scott ciągle skrywa przed nami zbyt wiele, a może po prostu nie ma pomysłu? W dodatku ciągle nie czuć związku klasycznej części z nowymi odsłonami. ŻADNEGO! Ridley Scott błądzi, niby porusza się w tym samym wszechświecie, ale nie potrafi tego sensownie połączyć w całość. I niestety podobno ma już napisane scenariusze kolejnych odcinków.

I jeszcze strona realizacyjna. Po świetnym „Marsjaninie”, tym razem Ridley Scott niczym nie zaskakuje, powtarza swoje zagrywki z „Prometeusza”, nie wyciąga wniosków z tamtego filmu, nie idzie dalej, a nawet się cofa. Widać to szczególnie w przypadku efektów wizualnych, które wyglądają na średnio dopracowane, nie zlewają się z prawdziwą scenografią, wyraźnie odstają poziomem od poprzedniego filmu. Ja po prostu widzę sztuczność efektów, a to jest niedopuszczalne w przypadku takiej produkcji i w czasach, kiedy efekty zlewają się z filmem – czego przykładem chociażby „Łotr 1”. Za to na duży plus zapisuję nową wersję Xenomorpha w jego finałowej postaci. Tutaj twórcy bardzo się postarali zbliżyć go do wyglądu Obcego z pierwszej części. I zamiast skupić się właśnie na tym potworze i szerzeniu przez niego czystego zła, do filmu wprowadzone zostały także dwa inne potwory, o białej skórze, przeraźliwie odpychające i śmiertelnie szybkie. To właśnie w nich dostrzegam największą porażkę „Przymierza”, a scena z Davidem zbliżającym się do Obcego to już w ogóle jakieś kuriozum.

Rozumiem, że próba mnożenia „atrakcji” w filmie jest dostosowana do potrzeb współczesnego widza, który chce podobno „więcej i mocniej”. Na pewno? Wizjoner kina zrobiłby inaczej, wbrew oczekiwaniom, podjąłby ryzyko, szukałby nowych rozwiązań na przykład w nieco skromniejszym przedstawieniu całego spektaklu. W Hollywood trudno o odważne decyzje, ale przecież liczne porażki filmów SF powinny skłonić producentów do szukania nowej drogi. To właśnie Ridley Scott powinien być takim twórcą, bezkompromisowym i odważnym. Tymczasem jego seria sięgnęła właśnie jakiejś ściany, mistrz nie ma już nic twórczego do powiedzenia i odcina kupony od popularnego tematu. Kasa, kasa…

Tym mocniej boli decyzja o odwołaniu realizacji bezpośredniej kontynuacji „Obcego: decydujące starcie” Neilla Blomkampa. I tym bardziej niepokoi informacja o kręceniu kolejnych części „Obcego” przez Ridleya Scotta.

PS. Jak dobrze, że „Blade Runner 2049” zrobił ktoś inny…

[Ocena: 5/10]