niedziela, 22 stycznia 2017

Strzemiński nie zasługiwał nawet na podanie ręki


Bardzo ciekawy list pojawił się w „Gazecie Wyborczej”, a dotyczący „Powidoków” Andrzeja Wajdy. Cenię ten film, uważam go za dzieło bardzo udane. I choć niemal bezkrytycznie przyjąłem dzieło Wajdy, tak obok ważnego głosu krytycznego przejść obojętnie nie mogę. Dotyczy on bowiem prawdy dotyczącej Strzemińskiego, a której na ekranie nie zobaczyliśmy. Pisze o tym w liście otwartym Agata Dąmbska związana blisko z Niką Strzemińską. Warto poznać ten głos.

Oto kilka z fragmentów listu otwartego w sprawie „Powidoków”:

Tak się złożyło, że dobrze znałam jedną z dwóch głównych bohaterek filmu Andrzeja Wajdy, Nikę Strzemińską, córkę Władysława Strzemińskiego i Katrzyny Kobro: od czasów studenckich aż do jej śmierci w 2001 r. przyjaźniły się bardzo z moją mamą, a ostatnie miesiące swej ciężkiej choroby nowotworowej Nika spędziła w naszym żoliborskim mieszkaniu. Dlatego film „Powidoki” oglądałam z trochę innej perspektywy niż większość widzów i dysponując głębszą wiedzą o życiu Władysława Strzemińskiego oraz jego rodziny.

Czytałam też książkę Niki „Miłość, sztuka i nienawiść”, która rzuca bardzo dużo światła na ciężki (by nie rzec: psychopatyczny) charakter Władysława Strzemińskiego. Ponieważ ona już nic powiedzieć nie może, czuję się w obowiązku zabrać głos w jej imieniu.

Jakkolwiek znany jest mi zamysł reżysera, by w filmie skupić się wyłącznie na pokazaniu ostatnich paru lat życia Władysława Strzemińskiego, nie wolno przy tej okazji zapominać, jakim malarz był człowiekiem na przestrzeni całego swego życia. Inaczej prezentuje się nieuczciwy obraz bohatera, pełen nawet nie kłamstw, ale przemilczeń. I ta świadomość powinna w „Powidokach” jakoś wybrzmieć; w przeciwnym wypadku otrzymujemy jedynie płytką hagiografię, zamiast pełnowymiarowej postaci.

Jak wiadomo, bohaterowie bez skazy nie istnieją, a A. Wajda próbuje właśnie kogoś takiego stworzyć i nam wmówić. Można się też obawiać, że świadomie wybrał krótki okres życia artysty, by nie musieć pokazywać jego skandalicznych zachowań wobec żony, jednej z najważniejszych rzeźbiarek XX wieku, Katarzyny Kobro – z biciem, zadawaniem cierpień psychicznych i dezawuowaniem jej osiągnięć artystycznych na czele.

Jeśli Andrzej Wajda nie chciał robić filmu biograficznego czy zajmować się w swoim dziele sferą psychologii malarza, miał do tego pełne prawo. Być może jednak nie powinien w takiej sytuacji eksponować tak bardzo postaci córki artysty – jej obecność bowiem „odsyła nas” siłą rzeczy do życia osobistego Władysława Strzemińskiego.

I gdyby „Powidoki” dotykały tylko kwestii malarstwa, byłoby wszystko w porządku.

Tymczasem dla każdego, kto zna biografię Władysława Strzemińskiego, jest oczywiste, że na niwie czysto ludzkiej, tj. relacji z najbliższą rodziną, nie zasługiwał nawet na podanie ręki. Czy można było to pokazać tak, aby na koniecznej do tego rodzaju filmu krystaliczności postaci nie pojawiła się rysa? Zapewne nie, dlatego twórcy wybrali ucieczkę od niewygodnych spraw biograficznych. Uczynili to jednak zarówno ze szkodą dla odbiorcy, a nawet – poprzez wykreowanie panegiryku na cześć bohatera – wprowadzając odbiorcę w błąd, jak również po prostu sprzeniewierzając się prawdzie. I zamiast wielowymiarowej historii powstała zwykła laurka.

Osobną kwestią jest, że postać Katarzyny Kobro w filmie nie ukazuje się wcale, a jej nieprzecenialny wkład w kształtowanie nowatorskiej myśli w rzeźbie nie zostaje nawet (nie licząc jednej sceny z małą Niką w muzeum) wyartykułowany. Tymczasem, zdaniem wielu specjalistów, to właśnie jej idee odegrały większą rolę w historii światowej sztuki niż teorie Władysława Strzemińskiego...

Patrząc z powyższych punktów widzenia, „Powidoki” są dla mnie bolesnym rozczarowaniem i oglądałam je z rosnącym rozgoryczeniem – jako film „z tezą”, gdzie „jeśli teoria przeczy faktom, to tym gorzej dla faktów”.

Cały tekst znajduje się TUTAJ.